wtorek, 01 grudnia 2009
Koniec świata
No i świat się zawalił... Nasz skarb narodowy, a właściwie to dwa skarby przepadły na amen. Iga Wyrwał w ciąży... i po cyckach, chciałoby się wykrzyczeć. Lechu żałobę czas zacząć! I had a dream
I had a dream, miałem sen, piękny
sen. Sen o świecie o bez spalin, bez korków, o świecie bez wszędobylskich
samochodów. Ulice w tym śnie były puste aż po sam horyzont i nawet gdyby
sięgnąć wzrokiem tam gdzie on nie sięga tam też nie zobaczyło by się żadnego
auta. Nie było w tym śnie wciskających się z lewa i prawa, wymuszających i
zajeżdżających. Nie było przejeżdżających na czerwonym, bo w ogóle nie było
sygnalizacji świetlnej w tym moim śnie. Nie było też znaków nakazu, zakazu i
ograniczeń prędkości. Było za to mnóstwo wolnych miejsc parkingowych i nikt
nawet nie myślał o wyznaczaniu płatnych stref postoju, nie mówiąc już o
ustalaniu jakiś opłat za nie. I jeszcze w tym śnie była jedna osoba, która
samochód posiadała, to byłem... ja. Bo o ileż łatwiej by ci się jeździło
własnymi 4 kółkami gdyby nie te wszystkie samochody obok, chciał mi chyba
zasugerować mój zaspany mózg. Więc śmigałem w tym swoim śnie jedynym autem na
planecie bez nerwów i z uśmiechem na twarzy, zmieniając codzienna trasę dojazdu
do pracy nie z powodu kolejnych robót drogowych, wykopów czy innych pękniętych
rur, ale ot tak, dla urozmaicenia. Parkowałem codziennie w innym ulubionym
miejscu, bez tej zwykłej bitwy o kawałek wolnego chodnika czy skrawek
krawężnika.. Osiedlowe uliczki nie wydawały się już ciasnymi i wąskim jak
horyzonty myślowe braci K. kanałami, ale z braku zostawianych gdzie popadnie
samochodów szerokimi jak zakola Gosiewskiego czy tenisowy zamach Radwańskiej
arteriami. Mechanicy w tym moim śnie bili się o możliwość naprawy mojego auta,
a jak już któryś z nich je naprawiał robił to praktycznie po kosztach. Serwisy
blacharsko-lakiernicze wymierały, bo nie było stłuczek. Jak łatwo się domyślić
miałem też w tym śnie 100 % zniżki u … tirówek, które już, co zupełnie
zrozumiałe, tirówkami się nie nazywały. Bo to był naprawdę piękny sen o świecie
bez samochodów... z wyjątkiem jednego. Niestety chwilę potem, ten piękny sen przerodził się we wcale niepiękny koszmar, bo w końcu przecież trzeba było zatankować to moje jedyne auto we wszechświecie. Więc nawet nie będę próbował sobie przypominać ile krzyknął „pompiarz” na stacji benzynowej z litr bezołowiowej w tym moim śnie... Na szczęście zadzwonił budzik i chwile później mogłem szczęśliwie utknąć w codziennym, porannym korku.
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Syn
Jakoś zawsze unikałem takiej swego rodzaju przaśności, której przejawem jest dla mnie, m.in. oczywiście, opisywanie co też powiedział lub co też zrobił własny cyborg, dziecię narodzone z krwi i kości własnej, córka, syn lub inne ono. Zawsze uważałem to za równie żenujące jak nie przymierzając komentarze pod zdjęciami na naszej klasie w rodzaju: "super zdjęcie" albo "piękna para", albo "super wyglądacie razem". Kto był, widział, wie o co chodzi. Nic tylko palec w usta i chlust, paw dziesięciolecia. Na szczęście ja ze swą konkubino-żoną super razem nie wyglądamy, więc nam komentarze tego typu nie grożą. Niemniej jednak postanowiłem dzisiejszego wieczoru złamać tą swą niepisaną regułę i cyborga zacytować, bo... no właśnie, tekst mu się wybitnie udał. Muszę przyznać, iż chyba jeszcze nigdy w historii człowieczeństwa na Ziemi, pseudonaukowa teza rzucona przez jednego z przedstawicieli gatunku homo sapiens nie została tak szybko obalona przez innego przedstawiciela tegoż gatunku. A było to tak: w chwili głębokiego uniesienia, w temperaturze jakiś 25oC, dodam że w plenerze, zanurzony po same łopatki w wodzie rzuciłem co następuje: "od przyjemności zanurzenia się w letniej, orzeźwiającej, chłodnej jeziornej cieczy w upalny, ukropny dzień lepszy jest już tylko sex", co mój syn błyskawicznie zanegował: "i zbieranie patyków..."
niedziela, 02 sierpnia 2009
Kulturka
Co mówią zasady savoir-vivru, jak ci ktoś "narobi" do talerza to trzeba to skonsumować za pomocą łyżki czy widelca?
sobota, 18 kwietnia 2009
Pierwsze: dzwonić do prezydenta!
Właśnie zakończyła się kolejna trzydniowa martyrologiczna masturbacja prezydenta, a jak widać erekcja ciągle żywa, a chuć wciąż nie zaspokojona jest. Podtrzymuję ją, wcale nie nowa przecież, pyskówka o nie wykonany telefon. Znów ktoś nie zawiadomił głowy państwa, skandal! Tam taki pożar, a tu nic, cisza, głuchy telefon. Mógłby ktoś, tak na szybko, choć z kondolencjami zadzwonić, jakiś Sarkozy albo Obama, a niechby nawet Łukaszenko albo Miedwiediew, totalna olewka...
W związku z tym wydarzeniem mam propozycję. A może by tak przekierować wszystkie numery alarmowe do siedziby prezydenta? Niech nasz mały człowiek na wielkim urzędzie pierwszy wie, że zderzyły się dwa auta pod Zgierzem albo że sąsiad zadźgał sąsiada w Tarnowie czy też płoną łąki w Borkach Wielkich w Warmińsko-Mazurskim. Nic mu wtedy nie umknie i sam będzie sobie wybierał, które wydarzenie nagrodzić czarnymi logami stacji telewizyjnych, a które na to nie zasługuje (tak na marginesie, tej presji poddał się nawet Comedy Central, stacja które nadaje 24h seriale komediowe). Pani w centralce, wysłucha, zanotuje i przekaże prezydentowi, a następnie przełączy do odpowiednich służb... szybkiego reagowania. Bo w sumie jest jeszcze drugie rozwiązanie. Można by zadekretować mocą ustawy, żeby wszelkie zdarzenia nagłe typu pożar, wypadek czy utonięcie odbywały się pod oknami aktualnej siedziby prezydenta. Wtedy zawsze wiedziałby pierwszy. I kto wtedy byłby debeściak? No kto? Ale pierwsza propozycja jest chyba łatwiejsze do zrealizowania...
sobota, 28 marca 2009
piątek, 13 marca 2009
piątek, 25 stycznia 2008
żałoba narodowa... Again
Każdy
kto wykazuje choćby śladowe oznaki życia, posiada IQ powyżej 50 oraz cechuje go
elementarne poczucie humoru nie mógł nie uśmiechnąć się wczoraj otwierając
świeżą prasę, włączając kanał informacyjny w tiwi, zwykłe radio czy też
czytając newsy w jednym z polskich portali internetowych. Wszędzie królowała
jedna i ta sama informacja: 20 uczestników konferencji na temat
"bezpieczeństwa lotów" zginęło w katastrofie lotniczej... Nikt przy
zdrowych zmysłach (oprócz rodzin i znajomych bezpośrednio dotkniętych tą
tragedią) nie może zaprzeczyć, że paradoks całej tej sytuacji jest śmieszny.
Każdego (oprócz oczywiście braci K., oni są smutni zawsze) kto w tej chwili
zaprzeczyłby, iż wieść ta nie wywołała u niego nawet drobnego gestu mimicznego
przypominającego uśmiech, kto choć przez chwilę nie pomyślał, że to zabawne
nazwałbym kłamcą. Przypomnij sobie czytelniku teraz ten moment kiedy pierwszy
raz usłyszałeś lub przeczytałeś o katastrofie, pamiętasz już ten uśmiech na
swojej twarzy? Już wiesz o czym mówię?
środa, 23 stycznia 2008
wtorek, 22 stycznia 2008
Warlords
Główny bohater grany przez Jet'a Li od początku mi "śmierdział", od pierwszej sceny kiedy zobaczyłem go z trudem wydobywającego się z pod stosu trupów. Trupy potem okazały sie jego byłymi żołnierzami, a on ich dowódcą, byłym. Wielka bitwa przegrana, wszyscy zgineli, tylko Li przeżył... udając martwego. No co to za kapitan co pierwszy ucieka z tonącego okrętu?! Co z niego za dowódca jeśli nie idzie w pierwszym szeregu, a jedynie chowa się tchórzliwie za swoimi podwładnymi?! Potem było już tylko gorzej: knucie, spiski, brak honoru, łamanie przyrzeczeń, zdrada... Liczyłem na zwykłe, ludzkie, typowe mordobicie, a dostałem historię człowieka na którego patrzyłem z obrzydzeniem.
Pokuta
No i kto powiedział, że
melodramaty są głupie, nudne, łzawe i nie do oglądania? Aha, no tak, ja... Albo
to było zaraz po obejrzeniu tego gniota pt. "Angielski pacjent"...
Dziś muszę z lekka przewartościować swoje zdanie na ten temat. "Pokutę"
(w wersji oryginalnej "Atonement") oglądałem z rozdziawioną japą. Bo
i zdjęcia w tym filmie mnie poraziły i sposób narracji rzucił na kolana,
te niespodziewane retrospekcje, wspomnienia głównych bohaterów, różne punkty
widzenia (dosłownie) tej samej historii, pomieszanie fikcji z prawdą
zaskakująco prowadzące do... zaskakującego zakończenia. A wszystko zaczyna się od jednego, wcale nie niewinnego kłamstwa trzynastolatki ze zbyt wybujałą wyobraźnią.
I tylko Keira Knightley nie pasiła mi w tym wszystkim jako obiekt miłości i pożądania, no bo kto chciałby kochać anorektyczkę?
czwartek, 10 stycznia 2008
Be Happy... New Year i Cyborg
10 stycznia, pierwszy wpis w nowym roku...Sie zasiedział trochę człowiek na tej wigili, z małym haczykim na sylwestra. No co?! Raz w roku takie przybytki są, od których głowa boli. Raz w roku Mikołaj, raz w roku prezenty, raz w roku szampan, raz w roku... sex. "tak to ja, to ja, panie profesorze to ja, ten co sex raz w roku. dobrze słyszałem, słyszałem, ale z czego się pan tak cieszy? bo to już jutro..." Szczęściarz. Anno domini 2008. Chciałoby się napisać w nowy roku w nowym kroku. Chciałoby. Niestety babol, ups Szanowna Małżonka chciałem rzec ciągle ta sama (Po tej ostatniej historii z werbalnym przyjebaniem z bani otrzymałem jasny i precyzyjny komunikat, w postaci żółtej karteczki na lodówce: masz o mnie pisać z szacunkiem albo... Więcej karteczka nie pomieściła. Bezdechu dostałem, no bo co po "albo"?! Wolałem nie pytać, lękliwy jestem i stąd zwrot: Szanowna Małżonka, niech się babol cieszy.), bestia ta sama i tylko cyborg odrobinę wyższy i więcej gada, ale dwulatki tak mają, że rosną i ględzą. Można więc z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że ten nowy rok poznać po tym jak skończył (się) stary, czyli w tym samym radosno-zasranym grajdołku. Również politycznym. In-vitro se wymyślili na sam początek, tak jakby ten nowy, mały, niedojrzały roczek innych zmartwień nie miał. Rzucono mu w jego dziecięcą pyzatą buzię, w niewinną twarz rumianą in-vitrem jak jakimś ochłapem, jak grudą błota czy zamrożoną śniegową kulą. Aż chciałoby się krzyknąć: a odczepcie się od niego ludzie!, a także (parafrazując Pawlaka): "powymyślali te durackie probówki bo siły w przyrodzeniach nie mieli!". I hierarchów kościoła wiadomego do rozmów w sprawie (sic!) zapłodnienia, to nic że poza ustrojowego, zaprosili. O zdanie pytać się będą. A czemu o zdanie w tej sprawie nie pyta nikt przedstawicieli kościoła pod wezwaniem Najgorętszego Orgazmowstąpienia Sierotki Marysi i Siedmiu Krasnoludków czy też kapłanów nowo powstałego ruchu na rzecz Intronizacji Papy Smerfa na Króla Polski? Przecież oni też napewno mają jakieś swoje zdanie na ten temat, zdanie a jakże także wynikające z ich WŁASNYCH, powtarzam WŁASNYCH wierzeń i dogmatów i zdanie, które mogłoby stać się potem prawem ogółu, nie tylko wiernych... I myślę sobie tak (znowu kogoś parafrazując, tym razem chyba Thomasa Jeffersona), że lepiej żeby 100, ba niech będzie 1000 katolickich par sprzeniewierzyło się własnemu sumieniu, własnej, nieprzymuszonej wierze i skorzystało z pomocy państwa polskiego przy zapłodnieniu, niż gdy jedna para niewierzących miałaby cierpieć z tego powodu, że z pomocy tej skorzystać nie mogła i potomstwa dorobić się nie mogła. Byłoby to obrzydliwą niesprawiedliwością. Bo to fajna rzecz mieć takiego pętającego sie po domu cyborga...
poniedziałek, 24 grudnia 2007
Święta
Święta - ten szczególny, radosny okres, do którego przygotowujemy się żrąc się ze wszystkimi możliwymi członkami naszych rodzin, by potem z nimi wszystkimi, równie radośnie żreć przy jednym stole.
niedziela, 23 grudnia 2007
Mr. Woodcock
Prawie dałem się nabrać. Prawie uwierzyłem, że pan Drewniany Penis jest miłym, sympatycznym i przyzwoitym człowiekiem, a jego kontrowersyjne, sadystyczne metody wychowawcze mają tylko i wyłącznie na celu zrobić z totalnych nieudaczników mocno stąpających po ziemi, świadomych swoich wyborów, silnych mężczyzn, w domyśle pomóc im. Gówno prawda. Nie kupuję tego. Pan Drewniany Penis tak naprawdę jest panem Drewnianym Kutasem, jest wrednym, samolubnym, zgorzkniałym sukinsynowatym matkojebcą i nie zmieni mego zdania nawet puenta tego filmu. A bohater grany przez Seanna Scott'a (bardziej chyba rozpoznawalny jako debilowaty Stifler z American Pie, i tak, tu też ktoś bzyka jego matkę) jest cipą od początku filmu aż do samego jego końca, że się na to nabrał... Za to jego menadżer, taka drobna, niewysoka blondyneczka, nie dużo jej w tym filmie, ale za to jak się już pojawi... swoimi kwestiami wymiata.
sobota, 22 grudnia 2007
Schengen
Tak w ogóle to ja nie rozumiem tej całej, wielkiej ekscytacji związanej z tym łamaniem szlabanów, przecież wszystko to już było ;) ![]()
wtorek, 18 grudnia 2007
Moja ósemka
Mój własny, prywatny babol napomknął coś dzisiaj o braku systematyczności w tym moim pisarskim blogowaniu. A co tu pisać? Skoro życie tematów nie daje? - oburzyłem się. Więc musisz taki temat stworzyć z niczego - łodparła łona. Przyjebałem jej z bani...
Bo być może była to luźna i niezobowiązująca rozmowa, ale obrażać się nie pozwolę, a zwłaszcza tych resztek lewej, dolnej ósemki, które zamierzam usunąć i o których pisać zamierzałem. Nie pozwolę określać ich mianem: "niczym", nawet jeśli rzeczywiście nic z nich nie zostało. Korzeniowi też należy się szacuneczek. Respect! Się zarejestrowałem dziś, do dentysty. Korpulentna pani rejestratorka, która jeszcze 500 lat temu występowałaby w cyrku (nie ma nic gorszego niż kobieta pod wąsem) ze zrozumieniem przyjęła moje zgłoszenie, poprosiła o imię i nazwisko, rok urodzenia oraz zadała jedno, proste pytanie (tu zacytuję) Był pan?! A no byłem, byłem skinąłem ze smutkiem głową i w myślach zobaczyłem siebie siedzącego w fotelu podczas tamtej wizyty i zobaczyłem zbliżającą się ku mnie dentystkę zaopatrzoną w wiertło zdolne przewiercić ściany Wilczego Szańca i usłyszałem jak pogwizduje sobie... muzykę z "Ojca Chrzestnego". A apodyktyczna pani za szybką kontynuowała swoją serię pytań do..., bo chwile później usłyszałem drugie, równie proste pytanie: Na 9:00 może być? Ostatnio byłem na 10:00 i kląłem, że więcej na tak wczesną porę, na ten świt szary, środek nocy niemal zarejestrować się nie dam, ale ton głosu formułujący te pytanie, postura pytacza, jego mina i nienawistny wzrok postawił mnie w takim mentalnym kącie, że nawet mi przez myśl nie przeszło że nie może być na 9:00. Skinąłem więc głową ponownie. Szczęśliwie. Ugrałem brązowy medal, czyli trzecią pozycję w kolejce oczekujących do usunięcia organu. Mam nadzieję, że teraz szybko znajdzie się jakiś chętny na mój ząb, że szybko mu go przeszczepią i że nie jedną kanapkę z serem jeszcze razem rozgryzą. Ps. I co zadowolona? Oj, przestań nie bolało aż tak bardzo. Wstań z podłogi kobieto, przyłóż sobie lód do tego obitego łba i przy okazji piwo mi podaj.
poniedziałek, 10 grudnia 2007
Matura z religii
Religia przedmiotem maturalnym, z taką propozycją zgodziła się nowa pani minister edukacji, znaczy się nie widzi przeciwwskazań. Ależ to jest piękna wiadomość... dla Romka Wielkiego Edukatora (chyba tylko exodus wszystkich feministek na Madagaskar bardziej by go ucieszył), bo wyszło na jego, czyli nowe przyszło, a stare i tak zostało. Ale sama propozycja wymaga myślę gruntownego przemyślenia, bo skoro już matura z religii to może dobrze byłoby ją przenieść z dusznych sal gimnastycznych, lekcyjnych do duchowych lecz nie dusznych kościołów? Abiturienci mieliby tam zapewniony odpowiednią dawkę nabożeństwa i powagi, doświadczali by także tak potrzebnego im w tym trudnym czasie skupienia i ... oświecenia.
Kolejny pomysł to uczynienie tej matury kolejnym sakramentem, po chrzcie, komunii i bierzmowaniu, a jej zdanie gwarantowałoby na przykład otrzymanie w przyszłości ślubu kościelnego (nie dotyczy gejów), czyli nie zdasz będziesz bzykał w grzechu (chyba, że jesteś gejem, ale wtedy to i tak bez znaczenia). Oczywiście każdy sakrament nie obejdzie się bez porządnej, polskiej, rodzinnej biby i ma się rozumieć prezentów. Plusem jest to, że mając lat 19 możesz samodzielnie wybrać sobie swoich rodziców maturalnych, a przecież dobrze wiesz kto w twej familii trzyma kasę, więc nie wybierzesz tych samych gołodupców, co ci ich starzy na chrzcie wybrali. Zrobi się więc maturę w kościołach (niektórzy dzięki temu będą mogli potem twierdzić, że sam Bóg im podpowiadał), tata rzuci na tacę "co łaska", imprezka przebiegnie pod hasłem: "wszyscy rzygali, tylko ksiądz... wymiotował", a na koniec odjedziecie z pod bloku jakaś fajną furą, prezentem od rodziców maturalnych. No co? Zegarek był już na komunię. Można by też już pomyśleć o pytaniach na ten arcytrudny egzamin, mam kilka swoich propozycji:
czwartek, 29 listopada 2007
Red Bull na Indexie
Głośnym echem w mediach odbiła się informacja o obrażeniu uczuć religijnych w nowej reklamie powszechnie znanego napoju energetycznego Red B. Oczywiście precyzyjniej byłoby stwierdzić, iż to nie wspomniany wyżej specyfik i jego reklama obraża, tylko szeroko rozumiana wspólnota chrześcijan czuje się obrażona. Subtelna różnica. Niemniej jednak społeczeństwo polskie czuje się znieważone, oplute, wyszydzone i żąda przeprosin.
Ta ze wszech miar słuszna inicjatywa aż się prosi o rozwinięcie. Bo cóż da jedno, prozaiczne słowo przepraszam? Jakież w nim ukojenie? Gdzie satysfakcja? Trzeba pójść krok dalej i zgodnie z chrześcijańską etyką wyplenić tą zarazę. Niechaj zniknie z półki każdego sklepu, pubu, baru i jadłodajni w Polsce, aż do dziesiątego regału włącznie. Niech nie zatruwa zdrowej, młodej, nieskażonej żadnym plugastwem tkanki tego kraju. Należy ponad to stworzyć organizację pomocowo-wspierającą dla osób używających i nadużywających wspomnianego środka. Osoby pijące sporadycznie musiałyby w ramach swej rehabilitacji odbyć pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę, musiałyby aktywnie uczestniczyć w jednomiesięcznych rekolekcjach, zobowiązane byłyby także do słuchania Radia Maryja. Osoby uzależnione kierowane byłyby na detoksykację i egzorcyzmy, raz w tygodniu musiałyby się meldować w swej parafii, aby złożyć relację o postępach w walce z uzależnieniem. Oczywiście dla nich również obowiązkowe byłyby: pielgrzymka i pogadanki ojca dyrektora. Całość kuracji, ze względu na patogenny i zaraźliwy charakter schorzenia, finansowana byłaby z kasy NFZ. Znalazłaby się także robota dla naszych służb tajemnych, chłopaki z ABW, CBA mieliby pełne ręce roboty. Zgodnie z maksymą: pokażcie mi napój energetyczny, a paragraf sam się znajdzie. Bo raz, że złodziejstwo. Bo czyż złodziejstwem nie jest sprzedawanie za 8 pln 250 ml puszki napoju o smaku oranżadki z foliowego worka z rurką z czasów PRL? Toż to rozbój w biały dzień, w dodatku z użyciem aluminiowego, tępego narzędzia. A krzywoprzysięstwo? Kłamstwo najzwyklejsze? Oskarżony Red B. twierdzi wszak, iż "dodaje skrzydeł". Kto w to uwierzy? Choć na podstawie stwierdzenia tego można postawić inny zarzut, mianowicie usiłowania morderstwa. trzeba w skali całego kraju sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie wziął dosłownie tego oszczerstwa do serca swego i nie próbował poszybować ze swego M na piętrze dwunastym do sąsiadki z parteru pożyczyć cukru szklankę... Reasumując, zarzutów i dowodów jest taka masa, że wyrok może być tylko jeden: publiczna chłosta, spalenie na stosie, by w końcu zepchnięcie do czeluści piekieł. Burn in hell!!
środa, 28 listopada 2007
Zima
Zima - to taka zdzira, co każe obuwiu i odzieży przemakać, a stopom i dłonią przemarzać. To suczysko, które zmusza drogowców do bycia zaskoczonymi, a chodniki i drogi do bycia śliskimi. To bladź niemyta, co skłania serwisy ogumienia do "trzepania kasy" praktycznie za frajer, a do opłat czynszowych wprowadza pozycję: koszty ogrzewania. To dziwka pokraczna zmuszająca szarego, białego człowieka do porannego machania łopatą, zmiotką i skrobaczką do szyb, że nie wspomnę o półgodzinnym odziewaniu się przed wyjściem z domu po prozaiczne zapałki. I wreszcie do zwykłego, ludzkiego marźnięcia. Nadeszła. Dzieci się cieszą... Witam kurwa serdecznie.
piątek, 23 listopada 2007
Dzierżi linu
Co najmniej połowę swojego dotychczasowego życia moja matka opowiada jeden i ten sam dowcip... Bo starzy tak mają, każdy to wie. Jakakolwiek impreza, spęd rodzinny typu wigilia u babci albo imieniny wujka Józka, wesele czy też najzwyklejsza, przyziemna popijawa bez okazji, zawsze musimy wysłuchać tych samych ogranych historii, tych samych, słyszanych po raz setny kawałów, aż do znudzenia. Przypadłość ta oczywiście jest bardziej charakterystyczna dla tatusiów, dziadków i wujków, a mamusie, babcie i ciocie stanowią raczej ten niechlubny wyjątek. Cóż jak zwykle i nie pierwszy raz okazuję się iż moja rodzicielka należy do tych wyjatkowych i nieprzerwanie, od kilkunastu lat, odkąd pamiętam opowiada jeden i ten sam kawał.
Obudzony w środku nocy mogę nie wiedzieć jak się nazywam, ale zapewniam, że będę potrafił opowiedzieć ten dowcip. Mogę byc z nietrzeźwiony do nieprzytomności a go wybełkoczę, mogę być oślepionym ogłuszonym niepiśmiennym niemową, a go wystukam, wychrząkam, wybekam, przypuszczam że nawet martwy mógłbym tym kawałem straszyć. Bo słyszałem go setki razy i... opowiem go teraz. Do zamorskiego portu wpływa statek, statek pod rosyjską banderą. Na pokładzie stoi marynarz i trzyma cumę. Cumę zamierza komuś rzucić, wypatruje więc okazji, zauważa człowieka stojącego na nadbrzeżu, krzyczy do niego: ej ty, dierżi linu! Zero reakcji. Marynarz postanawia więc sprawdzić własne umiejętności językowe: gawarisz pa ruski? - krzyczy tym razem, tubylec przecząco kiwa głową. Parlez-vous francais? - no. Sprechen sie deutsch? - znowu pudło. Do you speak english? - Yes, of course - odrzekł rozpromieniony człowiek z nadbrzeża. - No to dierżi linu... Wczoraj przekonałem się, że każdy kawał z ziarnka prawdy wypływa, a fikcja w nim opowiedziana nie tak daleko od rzeczywistej jabłoni pada. Bo zupełnie obcy mi Rosjanin zaczepił mnie, o drogę pytać chyba chciał i nie wiedzieć czemu wybrał akurat mnie. Śmiałym krokiem podchodząc więc ku mnie zagadał: gawarisz pa ruski? Błyskawicznie, machinalnie zaprzeczyłem, choć z jeszcze obowiązkowych lekcji w podstawówce co nieco pamiętałem z "ruskiej mowy", ale żeby od razu gawarić?! Angliskij? - spróbował mój interlokutor. Na tym gruncie pewniej się czuję, mimo to asekuracyjnie rzuciłem: just a little. Patrzy się na mnie i nic nie mówi. Myślę sobie niedosłyszał albo za szybko powiedziałem i wyszło niewyraźnie, powtórzyłem więc jeszce raz to samo tylko, że głośniej i wolniej: just a little. Szto?? Kantor nocnyj gdzie? - usłyszałem w odpowiedzi...
niedziela, 18 listopada 2007
Polish-Angielski
Staram się nie wycierać sobie mego blogowego pyska filmikami z serwisów youtube-podobnych, ale tym razem i can't stop myself kurwa:
poniedziałek, 12 listopada 2007
Niemiecki pornol
Wyczytałem w prasie lokalnej o człowieku, który poszedł do sądu ze sprzedawcą od którego zakupił był film z pod znaku "xxx" nie uprzedzony przez tego chciwego naciągacza, że w filmie nie pada ani jedna kwestia w naszej pięknej, słowiańskiej, ojczystej mowie, a jedynie coś tam szwargocą po szwabsku. Ba! Film nie posiadał choćby najnędzniejszego polskiego lektora ani nawet najmarniejszych napisów. Tak wyrachowanie oszukany klient wykazał się niespotykanym heroizmem i chciał zwrócić wybrakowany towar. Niestety sprzedawca pokazał: "takiego wała", a następnie grzecznie lecz stanowczo odmówił.
Cóż muszę przyznać, iż ja, wychowanek pierwszych pornoli sprowadzanych z zachodu w nędznej jakości na VHS'ach, kopiowanych później w domowym zaciszu magnetowidu marki aiwa z dopiskiem Teresa Orlowski coś tam, przeczytałem tę notkę z głębokim wzuszeniem. Bo wiem jaką traumę zostawiają po sobie produkcje typu "harder, deeper, faster" z listą dialogową rodem zza Odry. Przyznam się, że do tej pory (a minęło już wiele lat) moje zdziwienie budzi fakt, gdy moja kobieta w trakcie naszych wspólnych uniesień nie wykrzykuje z tą specyficzną egzaltacją słów:... "JA, JA, JA". A wspomiany wyżej nieszczęśnik? Niestety przegrał swój spór, choć sprawa nie jest tak do końca przesądzona, liczę i trzymam kciuki, że odwoła się do Strasburga. Zakochana Jane
Cholera lubię filmy biograficzne, podobały mi się te muzyczne "Doors" i "Ray", podobała mi się "Frida", podobał mi się "Człowiek z księżyca" z najlepszą jak dla mnie rolą Jima Carey'a, teraz spodobała mi się "Zakochana Jane", czyli opowieść o młodej Jane Austen. I nawet nie wiem czyja to zasługa, doskonałego scenariusza, perfekcyjnej reżyserii czy może raczej nietuzinkowej, oryginalnej biografii. Bo niby w filmie nie dzieje się nic i jednocześnie dzieje się tak wiele, mimowolnie wciągamy się w tę historię przeżywając wszystkie smutki, rozterki i nieszczęśliwą miłość przyszłej autorki "Rozważnej i romantycznej", siedzimy w XVII - XIX wiecznej Anglii po same uszy. W jej konwenanasach, rygorach, nakazach i zasadach współżycia społecznego oraz, patrząc oczywiście ze współczesnej perspektywy, w... absurdach tegoż współżycia. Film opowiada, odkrywa przed nami niebanalną historię, teraz juz to wiem, niebanalnej osobowości.
wtorek, 06 listopada 2007
Jestem zmęczony
Jestem zmęczony. Jestem zmęczony kaczymi dziwactwami. Niedobrze mi. Męczy mnie polska polityka, męczą mnie bliźniacy. Jestem zmęczony ich absurdalnym, niezrozumiałym, żenującym postępowaniem. Jestem zmęczony obrażaniem Lecha i zażenowany kaprysem by jego brat był jeszcze przez kilka dni premierem. Jestem zmęczony "lenistwem" Jarosława, który nie potrafił podnieść dupska z poselskiej ławy kiedy cały parlament na swej wczorajszej inauguracji witał brawami, na stojąco obecnego na sali Lecha Wałęse. Mimo tego, że chwilę wcześniej ten sam parlament przywitał w ten sam sposób także bedącego na sali obrad, obecnego prezydenta, również brawami i na stojąco, i wstali wszyscy, nawet polityczni przeciwnicy. Marzy mi się taki czas, kiedy polska polityka i polskie życie publiczne będzie wolne od tej dwójki ludzi, marzy mi się taki czas kiedy Lech z Jarosławem przestaną ośmieszać Polskie Urzędy, które sprawują, bo jestem nimi zmęczony, zmęczony ludźmi, którzy nie potrafią wzbić sie ponad swoją małostkowość...
|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
|