W czepku urodzony, czyli prezerwatywa się jednak odnalazła...
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Syn

    Jakoś zawsze unikałem takiej swego rodzaju przaśności, której przejawem jest dla mnie, m.in.  oczywiście, opisywanie co też powiedział lub co też zrobił własny cyborg, dziecię narodzone z krwi i kości własnej, córka, syn lub inne ono. Zawsze uważałem to za równie żenujące jak nie przymierzając komentarze pod zdjęciami na naszej klasie w rodzaju: "super zdjęcie" albo "piękna para", albo "super wyglądacie razem". Kto był, widział, wie o co chodzi. Nic tylko palec w usta i chlust, paw dziesięciolecia. Na szczęście ja ze swą konkubino-żoną super razem nie wyglądamy, więc nam komentarze tego typu nie grożą.

     Niemniej jednak postanowiłem dzisiejszego wieczoru złamać tą swą niepisaną regułę i cyborga zacytować, bo... no właśnie, tekst mu się wybitnie udał. Muszę przyznać, iż chyba jeszcze nigdy w historii człowieczeństwa na Ziemi, pseudonaukowa teza rzucona przez jednego z przedstawicieli  gatunku homo sapiens nie została tak szybko obalona przez innego przedstawiciela tegoż gatunku. A było to tak: w chwili głębokiego uniesienia, w temperaturze jakiś 25oC, dodam że w plenerze,  zanurzony po same łopatki w wodzie rzuciłem co następuje:  "od przyjemności zanurzenia się w letniej, orzeźwiającej,  chłodnej jeziornej  cieczy w upalny, ukropny dzień lepszy jest już tylko sex", co mój syn błyskawicznie zanegował: "i zbieranie patyków..."

niedziela, 02 sierpnia 2009
Kulturka
    Co mówią zasady savoir-vivru, jak ci ktoś "narobi" do talerza to trzeba to skonsumować za pomocą łyżki czy widelca? 
sobota, 18 kwietnia 2009
Pierwsze: dzwonić do prezydenta!
    Właśnie zakończyła się kolejna trzydniowa martyrologiczna masturbacja prezydenta, a jak widać erekcja ciągle żywa, a chuć wciąż nie zaspokojona jest. Podtrzymuję ją, wcale nie nowa przecież, pyskówka o nie wykonany telefon. Znów ktoś nie zawiadomił głowy państwa, skandal! Tam taki pożar, a tu nic, cisza, głuchy telefon. Mógłby ktoś, tak na szybko, choć z kondolencjami zadzwonić, jakiś Sarkozy albo Obama,  a niechby nawet Łukaszenko albo Miedwiediew, totalna olewka...
     W związku z tym wydarzeniem mam propozycję. A może by tak przekierować wszystkie numery alarmowe do siedziby prezydenta? Niech nasz mały człowiek na wielkim urzędzie pierwszy wie, że zderzyły się dwa auta pod Zgierzem albo że sąsiad zadźgał sąsiada w Tarnowie czy też płoną łąki w Borkach Wielkich w Warmińsko-Mazurskim. Nic mu wtedy nie umknie i sam będzie sobie wybierał, które wydarzenie nagrodzić czarnymi logami stacji telewizyjnych, a które na to nie zasługuje (tak na marginesie, tej presji poddał się nawet Comedy Central, stacja które nadaje 24h seriale komediowe). Pani w centralce, wysłucha, zanotuje i przekaże prezydentowi, a następnie przełączy do odpowiednich służb... szybkiego reagowania.
      Bo w sumie jest jeszcze drugie rozwiązanie. Można by zadekretować mocą ustawy, żeby wszelkie zdarzenia nagłe typu pożar, wypadek czy utonięcie odbywały się pod oknami aktualnej siedziby prezydenta. Wtedy zawsze wiedziałby pierwszy. I kto wtedy byłby debeściak? No kto? Ale pierwsza propozycja jest chyba łatwiejsze do zrealizowania...   

sobota, 28 marca 2009
Notka ogrodnicza
   Jeszcze trochę posiedzę na zielonej trawce i niedługo będę... gryzł piach.
piątek, 13 marca 2009
Mam wyjebane
Gajos: Wyrzucili?
Kondrat: Wyrzucili..., wszystkich zostawili, a mnie na pysk.
piątek, 25 stycznia 2008
żałoba narodowa... Again

    Każdy kto wykazuje choćby śladowe oznaki życia, posiada IQ powyżej 50 oraz cechuje go elementarne poczucie humoru nie mógł nie uśmiechnąć się wczoraj otwierając świeżą prasę, włączając kanał informacyjny w tiwi, zwykłe radio czy też czytając newsy w jednym z polskich portali internetowych. Wszędzie królowała jedna i ta sama informacja: 20 uczestników konferencji na temat "bezpieczeństwa lotów" zginęło w katastrofie lotniczej... Nikt przy zdrowych zmysłach (oprócz rodzin i znajomych bezpośrednio dotkniętych tą tragedią) nie może zaprzeczyć, że paradoks całej tej sytuacji jest śmieszny. Każdego (oprócz oczywiście braci K., oni są smutni zawsze) kto w tej chwili zaprzeczyłby, iż wieść ta nie wywołała u niego nawet drobnego gestu mimicznego przypominającego uśmiech, kto choć przez chwilę nie pomyślał, że to zabawne nazwałbym kłamcą. Przypomnij sobie czytelniku teraz ten moment kiedy pierwszy raz usłyszałeś lub przeczytałeś o katastrofie, pamiętasz już ten uśmiech na swojej twarzy? Już wiesz o czym mówię?
    Zresztą same media zwróciły już uwagę na ironię tej historii, informując nas o tym. Każdy z nas pośrednio "przeżył" już w swoim dłuższym lub krótszym życiu kilka, kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt katastrof lotniczych. Przypomnijmy sobie teraz w ilu przypadkach byliśmy informowani o tym skąd albo dokąd lecieli pasażerowie. Ja sobie przypominam jeden, wczorajszy i żaden inny. A dlaczego nie byliśmy o tym informowani? Bo taka informacja nie ma żadnego znaczenia! Wczoraj jak widać miała. Bo cel podróży tej dwudziestki w kontekście ich śmierci nadaje tej historii absurdalnego, kafkowego charakteru, to swoiste kuriozum na skalę światową. Śmieszne kuriozum.
    Spacerując popołudniu z psem i rozmyślając nad tym co się stało myśl mnie taka naszła czy przypadkiem jeden z bliźniaków co pozostał "na urzędzie" nie wysmaży nam pierwszej w tym roku żałoby narodowej, odrzuciłem tą myśl jako niedorzeczną. Cóż, jak widać różnimy się jednak wrażliwością z panem prezydentem, bo potem wróciłem do domu... i znowu świat był czarno-biały i to na trzy dni! Czemu nie przez 20 dni?! Po jednym na każdego, byłoby sprawiedliwie. Mam dosyć banalnych żałob narodowych, mam dosyć bagatelizowania tej formy obchodzenia smutku narodowego. Śmierć innego człowiek zawsze jest tragedią dla bliskich i tylko czasami dla obcych. Prawdę mówiąc bardziej osobiście dotknęła mnie równie niedawna informacja o odejściu Heatha Ledgera, aktora, którego znałem tylko z ról w których zagrał i w których go widziałem i doceniałem. Mimo to czuję żal i smutek, żałuję że już go nie zobaczę w nowych rolach. Niemniej jednak nie każę innym się smucić wraz ze mną, bo to po prostu trzeba czuć. Tak samo jak w przypadku tych nieszczęsnych lotników i ich rodzin. Szkoda ludzi, zawsze szkoda. Szczególnie teraz, po kilkunastu godzinach, kiedy temat konferencji w której uczestniczyli odchodzi powoli w zapomnienie, a człowieka dopada refleksja. Refleksja ta jednak nie skłania mnie ku zgodzie na kolejną bezsensowną i głupią żałobę narodową i myślę, że podobnego zdania jest większość obywateli tego kraju, nawet jeśli z powodów typu "nie wypada" nie potrafią się do tego przyznać...

środa, 23 stycznia 2008
H.L.
   Pożegnam Go po swojemu, filmowo: "Dobry był z niego herbatnik..."
wtorek, 22 stycznia 2008
Warlords
   Główny bohater grany przez Jet'a Li od początku mi "śmierdział", od pierwszej sceny kiedy zobaczyłem go z trudem wydobywającego się z pod stosu trupów. Trupy potem okazały sie jego byłymi żołnierzami, a on ich dowódcą, byłym. Wielka bitwa przegrana, wszyscy zgineli, tylko Li przeżył... udając martwego. No co to za kapitan co pierwszy ucieka z tonącego okrętu?! Co z niego za dowódca jeśli nie idzie w pierwszym szeregu, a jedynie chowa się tchórzliwie za swoimi podwładnymi?! Potem było już tylko gorzej: knucie, spiski, brak honoru, łamanie przyrzeczeń, zdrada... Liczyłem na zwykłe, ludzkie, typowe mordobicie, a dostałem historię człowieka na którego patrzyłem z obrzydzeniem.
Pokuta
    No i kto powiedział, że melodramaty są głupie, nudne, łzawe i nie do oglądania? Aha, no tak, ja... Albo to było zaraz po obejrzeniu tego gniota pt. "Angielski pacjent"... Dziś muszę z lekka przewartościować swoje zdanie na ten temat. "Pokutę" (w wersji oryginalnej "Atonement") oglądałem z rozdziawioną japą. Bo i zdjęcia w tym filmie mnie poraziły i sposób narracji rzucił na kolana, te niespodziewane retrospekcje, wspomnienia głównych bohaterów, różne punkty widzenia (dosłownie) tej samej historii, pomieszanie fikcji z prawdą zaskakująco prowadzące do... zaskakującego zakończenia. A wszystko zaczyna się od jednego, wcale nie niewinnego kłamstwa trzynastolatki ze zbyt wybujałą wyobraźnią.
    I tylko Keira Knightley nie pasiła mi w tym wszystkim jako obiekt miłości i pożądania, no bo kto chciałby kochać anorektyczkę?
czwartek, 10 stycznia 2008
Be Happy... New Year i Cyborg
    10 stycznia, pierwszy wpis w nowym roku...Sie zasiedział trochę człowiek na tej wigili, z małym haczykim na sylwestra. No co?! Raz w roku takie przybytki są, od których głowa boli. Raz w roku Mikołaj, raz w roku prezenty, raz w roku szampan, raz w roku... sex. "tak to ja, to ja, panie profesorze to ja, ten co sex raz w roku. dobrze słyszałem, słyszałem, ale z czego się pan tak cieszy? bo to już jutro..." Szczęściarz.
    Anno domini 2008. Chciałoby się napisać w nowy roku w nowym kroku. Chciałoby. Niestety babol, ups Szanowna Małżonka chciałem rzec ciągle ta sama (Po tej ostatniej historii z werbalnym przyjebaniem z bani otrzymałem jasny i precyzyjny komunikat, w postaci żółtej karteczki na lodówce: masz o mnie pisać z szacunkiem albo... Więcej karteczka nie pomieściła. Bezdechu dostałem, no bo co po "albo"?! Wolałem nie pytać, lękliwy jestem i stąd zwrot: Szanowna Małżonka, niech się babol cieszy.), bestia ta sama i tylko cyborg odrobinę wyższy i więcej gada, ale dwulatki tak mają, że rosną i ględzą. Można więc z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że ten nowy rok poznać po tym jak skończył (się) stary, czyli w tym samym radosno-zasranym grajdołku. Również politycznym.
    In-vitro se wymyślili na sam początek, tak jakby ten nowy, mały, niedojrzały roczek innych zmartwień nie miał. Rzucono mu w jego dziecięcą pyzatą buzię, w niewinną twarz rumianą in-vitrem jak jakimś ochłapem, jak grudą błota czy zamrożoną śniegową kulą. Aż chciałoby się krzyknąć: a odczepcie się od niego ludzie!, a także (parafrazując Pawlaka): "powymyślali te durackie probówki bo siły w przyrodzeniach nie mieli!".
    I hierarchów kościoła wiadomego do rozmów w sprawie (sic!) zapłodnienia, to nic że poza ustrojowego, zaprosili. O zdanie pytać się będą. A czemu o zdanie w tej sprawie nie pyta nikt przedstawicieli kościoła pod wezwaniem Najgorętszego Orgazmowstąpienia Sierotki Marysi i Siedmiu Krasnoludków czy też kapłanów nowo powstałego ruchu na rzecz Intronizacji Papy Smerfa na Króla Polski? Przecież oni też napewno mają jakieś swoje zdanie na ten temat, zdanie a jakże także wynikające z ich WŁASNYCH, powtarzam WŁASNYCH wierzeń i dogmatów i zdanie, które mogłoby stać się potem prawem ogółu, nie tylko wiernych...
    I myślę sobie tak (znowu kogoś parafrazując, tym razem chyba Thomasa Jeffersona), że lepiej żeby 100, ba niech będzie 1000 katolickich par sprzeniewierzyło się własnemu sumieniu, własnej, nieprzymuszonej wierze i skorzystało z pomocy państwa polskiego przy zapłodnieniu, niż gdy jedna para niewierzących miałaby cierpieć z tego powodu, że z pomocy tej skorzystać nie mogła i potomstwa dorobić się nie mogła. Byłoby to obrzydliwą niesprawiedliwością.
    Bo to fajna rzecz mieć takiego pętającego sie po domu cyborga...
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
web counter free counters